środa, 6 października 2010

PromoLinux cz. 3. - Koszt zamkniętych aplikacji

W większości dyskusji na temat zamkniętych aplikacji zawsze pojawia się wątek o tym aby nie mylić odpłatności za takie programy z ich zamkniętą strukturą. Porównywanie w ten sposób tych programów do oprogramowania open-source wydaje mi się bez sensu, ze względu na różne sposoby dystrybucji tych rodzajów oprogramowań i przede wszystkim ich końcowe przeznaczenie. Zresztą ważniejszym powodem do takich porównań nie jest końcowa cena aplikacji ale jej koszty, a te pozostają raczej ukryte przed odbiorcą. To co nas najbardziej interesuje to koszty wprowadzenia.
Nie chciałbym też poruszać kolejny raz tematu wprowadzenia Linuksa do urzędów i szkół i związanych z tą operacją ukrytymi kosztami, które stawiają w złym świetle bezpłatność Otwartego Oprogramowania. Wszystkie dyskusje jakie czytałem na ten temat prowadziły do niczego, a przeciwnicy Linuksa podpierali się zazwyczaj wydumanymi symulacjami takiej operacji bez podawania konkretnych statystyk i liczb. Zazwyczaj odbywało się to także bez ukazania analogicznej operacji opierającej się na zamkniętym oprogramowaniu. Przeciwnikom Linuksa w szkołach i urzędach powinien zamknąć usta przypadek jaworskich szkół i pozytywne reakcje na wprowadzenie w nich Linuksa. Więc koniec tego tematu, a my zajmiemy się sprawą całkiem odmienną, czyli wprowadzeniem płatnych i zamkniętych aplikacji w Ubuntu.

Jestem fanem open-source, ale zdaję sobie sprawę z niedoskonałości tego oprogramowania w różnych dziedzinach, więc nie jest zaskoczeniem, że sam kilku zamkniętych programów używam, czasami z konieczności, a czasami z wybory. Stawia mnie to trochę w roli obłudnika, ale nie mam nic przeciwko istnienia takich aplikacji w Linuksie. Zresztą zamknięte programy były już od dawna obecne w Linuksie tylko poza oficjalnym repozytorium. Większy dla mnie problem stanowi promocja takiego oprogramowania w środowisku linuksowym i tu mam nadzieję dotarłem do sedna tematu.

Oczywiście na usta ciśnie się tu słowo Canonical, choć także inne firmy jak Novell także wprowadzały w swoich dystrybucjach zamknięte oprogramowanie pozwalające tym firmom na odzyskanie kosztów jakie włożyli w utrzymanie bezpłatnej, jakby nie patrzeć, dystrybucji. Ostatnio jednak dość głośno jest o wprowadzeniu przez Canonical, do swojego Centrum Oprogramowania płatnych aplikacji, a to już stawia pod znakiem zapytania charakter Ubuntu jako typowo otwarto-źródłowej dystrybucji.

Oczywiście wprowadzenie płatnych programów jest według Canonical odpowiedzią na zapotrzebowanie użytkowników a to, że być może Ubuntu na tym zyska dodatkowe dofinansowanie też nie jest niczym szkodliwym. Pozostaje jednak kwestia marketingowa takiego kroku, czyli właśnie promowania zamkniętych programów kosztem wspierania Wolnego Oprogramowania. Ktoś zapewne, w tym momencie spyta: jaka to promocja skoro użytkownik będzie miał wybór pomiędzy oboma rodzajami programów i wybierze tę odpowiednią dla niego? Kluczowe znaczenie ma tu kilka kroków podjęte przez Canonical w ostatnim okresie. Dobrym przykładem jest tu usunięcie GIMPa spośród zainstalowanych w systemie programów.

GIMP to jeden z najznamienitszych przykładów jakości Wolnego Oprogramowania. Program zbudowany wyłącznie siłami społeczności open-source jest często stawiany obok tuzów zamkniętego oprogramowania, nie ustępując często im funkcjonalnością, a bijący je na głowę ceną. Usunięcie GIMPa nie tylko pozwoliło na zaoszczędzenie na dysku miejsca na inne rozwiązania od Canonical, często zresztą zamknięte. Stworzyło to niebezpieczną lukę która w przyszłości może zostać zupełnie nieświadomie wykorzystana do promocji zamkniętych programów, pomimo tego że ich otwarte odpowiedniki zazwyczaj spokojnie wystarczyłyby przeciętnemu użytkownikowi.

Jestem w swoim środowisku znajomych uważany za specjalistę od komputerów. Nie wiem na jakiej podstawie zyskałem sobie taką opinię, bo informatyk ze mnie żaden. W gruncie rzeczy często jestem proszony o pomoc i to co ciekawe głównie przez użytkowników Windowsa. Ostatnio, na prośbę znajomej, miałem okazję przetestować dwa programy dla Windowsa, służące do przegrywania płyt. Programu NERO nie muszę nikomu przedstawiać. Program-Legenda, jeśli ktoś go nie zna to pewnie nie używa komputera. Moja znajoma go jednak nie znała, ponieważ komputer stał u niej dopiero od miesiąca, a ona potrzebowała programu do przegrywania płyt, którego z Windowsem7 nie dostała niestety w standardzie (choć antywirusa dostała i to z licencją na całe trzy miesiące). NERO jednak jest programem płatnym (darmowa wersja OEM dostępna jest tylko przy zakupie niektórych modeli nagrywarek CD/DVD), więc koleżanka podziękowała za tę usługę. Na dysku stanął więc program Ashampoo Burning Studio, który nie ustępuje praktycznie niczym pod względem funkcjonalności NERO, a pomimo tego, że jest płatny posiada także pewne wersje darmowe, które są praktycznie takie same jeśli chodzi o funkcje co pełna wersja pełna. Ashampoo ma też tę przewagę nad NERO, że jest o wiele prostszy w obsłudze i prowadzi, podczas operacji, użytkownika za rękę. I teraz pytanie ilu z was, albo waszych znajomych Windowsiarzy zna w ogóle ten program, wysoko zresztą oceniany na łamach różnych serwisów?


Taka sama sytuacja może dotknąć także programy w Ubuntu. Wystarczy wpisać nazwę jakiegoś płatnego programu dostępnego dla Linuksa w Google, a jedne z pierwszych stron to będą witryny z crackami do tych programów (tak na Linuksa właśnie). Wielu użytkowników Ubuntu to osoby, który dopiero zapoznają się ze środowiskiem Linuksa i pierwsze czego szukają to właśnie odpowiedników swoich ulubionych programów, których często używali i z własnego doświadczenia wiem, że bez pirackich wersji użytkowanie Windowsa przez przeciętnego użytkownika jest niemożliwe, a już na pewno nie w takim zakresie jak darmowego Linuksa.

Wielu zarzuci mi w tym momencie, że występuję tutaj w roli osoby narzucającym innym co maja robić na swoim pulpicie i chciałbym aby dystrybutorzy Linuksa postępowali tak samo. Oczywiście jest to prawda i temu nie zaprzeczam. Niestety na tym polega marketing, a Canonical wydając dystrybucję linuksową podpisał cyrograf, nazwany przez niektórych GPL, który wyznacza przed nim promowanie przede wszystkim otwartych aplikacji. Często zresztą śledzę wypowiedzi użytkowników Linuksa, którzy twierdzą, że to właśnie zamknięte programy mogą spopularyzować Linuksa w większych kręgach. Osoby te, często dopiero co zaczynające fascynację Linuksem, często wcale nie zdają sobie sprawy z tego co piszą. Dobrym przykładem jest tu sytuacja firmy Apple, która wiele straciła na rzecz Windowsa pomimo tego, że swego czasu dysponowała o wiele lepszymi programami do edycji zdjęć, publikacji i biura. Kluczowym słowem są tu pieniądze bo do marketingu Apple trudno się przyczepić. Microsoft oferuje te programy znacznie taniej, żeby nie powiedzieć, że za darmo (piractwo), przez co sytuacji OSXa nie ratuje nawet dostępność na ten system produktów Adobe.

Skoro zresztą przy Adobe jesteśmy warto wspomnieć, że często niektórzy użytkownicy na siłę chcą uszczęśliwić innych. Nie chce mi się wierzyć, że liczba fanów Photoshopa jest tak duża, wśród fanów Linuksa, że przy okazji jego premiery na tę platformę zrezygnują oni z Windowsa. Większość użytkowników chcących wprowadzić Photoshopa twierdzi, że ten program przyciągnąłby do Linuksa fotografów. Tylko, że niewielu prawdziwych fotografów przyznaje się do stosowania tego programu. Po prostu kupując aparat i sprzęt za kilka-, kilkanaście tysięcy trudno się przyznać, że potrzebują jeszcze dodatkowych programów, żeby poprawić swoje zdjęcia. Zresztą większość ich używa formatu RAW, który pod względem obróbki także wśród programów Linuksowych ma dość dobrych przedstawicieli, a i tak najlepsze rozwiązania dostarczane są wraz z firmware producentów sprzętu. Photoshop to program przeznaczony dla grafików, a w tym środowisku występuje zazwyczaj rozwinięta infrastruktura wokół jednego systemu, której jeden program nie zmieni.

Pozostaje jeszcze kwestia jakości zamkniętego oprogramowania. Niestety ale zamknięte programy nie cechują się słabą stabilnością i przede wszystkim miernym bezpieczeństwem, pomimo dużego nakładu finansowego na te programy, w stosunku do otwarto-źródłowych kuzynów. Prosty przykład: instalujemy Windowsa. Zaraz po instalacji system ten zazwyczaj jest wzorem stabilności. Jego błędy wychodzą dopiero po jakimś czasie, w trakcie którego zainstalowaliśmy już całą masę innych programów, często pirackich lub z niepewnego źródła. Oczywiście można teraz tylko domyślać się co jest przyczyną błędu ale wystarczy przypomnieć sobie jak system chodził zaraz po instalacji bez zbędnego balastu. Każdy informatyk zresztą wam powie, że większość niebieskich ekranów to wina sprzętu, czyt. sterowników, a nie systemu. To stawia pod znakiem zapytania stabilność dystrybucji Canonical, którego deweloperzy powinni się zastanowić co teraz będą winić użytkownicy: Ubuntu, czy zainstalowane programy, nad którymi Canonical żadnej kontroli nie będzie sprawował ani pod względem stabilności, ani bezpieczeństwa. Natomiast stawia się w sytuacji dewelopera zamkniętych programów, którym w istocie jest.

Rozpisałem się tym razem. Ciekawe, czy ktoś wraz ze mną dotarł do tego miejsca? Nie wspomniałem ani słowem o grach z prostej przyczyny. Pomimo, że wiele z moich powyższych przemyśleń pasuje i do tego tematu, wymaga on jednak osobnego omówienia, co też uczynię wkrótce. Następny artykuł będzie jednak krótszy - porozmawiamy o Statystykach.

=-=-=-=-=
Powered by Blogilo