wtorek, 12 kwietnia 2011

Co mnie drażni w GNOME 3

Trochę o wszystkim

Konsola to dość specyficzne urządzenie. Można powiedzieć, że ubogie w stosunku do PC. Co więc sprawia, że konsole stają się popularniejszą rozrywką i wypierają PC z rynku gier video? Odpowiedź jest jedna: Bo są proste! Uruchomienie gry na takim sprzęcie jest zadaniem prostym nawet dla czterolatka, tak samo jak obsługa padów i samo granie. Sprzęt jest dzięki temu jednozadaniowy. Konsola jednak kiepsko sprawuje się w kwestii strategii i FPSów. Tu wygrywa tandem klawiatura + myszka i z tego co się orientuję powstały nawet koncepcje takiego sprzętu pod Playstation jednak są mało popularne. Niewiele osób decyduje się na taki zakup, ponieważ takie granie to można osiągnąć także na PC, a na konsoli to większość oczekuje prostoty. W efekcie powstają strategie specjalnie dla konsol, a FPSy wypierane są przez TPP. Po podłączeniu klawiatury i myszki Playstation traktowany byłby jak stacja robocza PC i motywowałoby to deweloperów do pisania programów podobnych do windowsowych.


Dlaczego piszę tu o konsolach? Chciałbym w ten sposób zobrazować pewien fakt. To jak będzie wyglądał program na konkretny sprzęt, lub interfejs przeznaczony do jego obsługi, jest bezpośrednio uzależnione od budowy takiego sprzętu. I wbrew pozorom nie opiera się to na możliwościach takiego sprzętu, a na jego ograniczeniach. Dobrym przykładem są tutaj netbooki. Ich cechą charakterystyczną są małe ekrany. Z tego powodu z interfejsu programów, przeznaczonych na taki sprzęt, eliminowane są zbędne rzeczy, aby nie przysłaniały naprawdę istotnych funkcji. Takie zapychajki, których używa się bardzo rzadko, skracane są zazwyczaj do jednego przycisku. Drugim ograniczeniem netbooka, który determinuje takie zachowanie jest mniejszy rozmiar gładzika, który sprawia, że bardzo łatwo jest trafić jakąś zabłąkaną funkcję lub w ogóle mieć problemy z wycelowaniem w mały punkt grubymi paluchami (Niech żyje zaznaczanie tekstu).

Na samym końcu mamy urządzenia mobilne, czyli sztandarowy przykład zwycięstwa ograniczeń w imię miniaturyzacji. Po wstępnej fascynacji ekranem dotykowym nagle zaczynami niecierpliwie cmokać, przy każdym kolejnym przypadkowym naciśnięciu pozycji podczas przewijania listy. (Nie)Fajnie też gra się na takim ekranie w strzelanki i wyścigi. W takiej sytuacji klawiatura dołączana do N900 staje się prawdziwym wybawieniem i użytkownik zastanawia się po co tak naprawdę ta wysoce rozwinięta technologia dotykowa. W każdym razie interfejs urządzeń mobilnych zorientowany jest na ikony, a nie nazwy i sterowanie zaczyna być coraz częściej zastępowane gestami.


Na szczycie tego łańcucha pokarmowego znajduje się Desktop z nieodłączną klawiaturą i myszką. Żadnych ograniczeń, żadnych półśrodków. Właściwie nic tu nie można spartolić, bo jasne reguły użytkowania od razu wytkną błędy. Tej zasady nie znali chyba twórcy GNOME 3 i spróbowali stworzyć interfejs "do wszystkiego".

GNOME 3 znalazło się w tym miejscu gościnnie. Jest to dla mnie okazja na pokazanie "jak się nie powinno budować interfejsu" i "za co kocham KDE". I szkoda, że za chwilę padnie kilka cierpkich słów pod adresem środowiska GNOME, jednak według mnie warto zastanowić się nad faktem, czy w pogoni za konkurencją przestano liczyć się ze zdaniem użytkownika końcowego, a zwłaszcza kwestią jego wygody.

Szczypta historii

Ostatnio zauważam jakąś dziwną pogoń w naśladowaniu interfejsu systemu firmy Apple. Nie ma w tym nic złego bo deweloperzy OSX to mistrzowie w swoim fachu i wiele ich rozwiązań jest dziś traktowanych jako kanoniczne. Twórcy innych systemów chcący skopiować jakieś rozwiązanie od Apple, chyba czują się jakoś zawstydzeni, bo szukają byle jakiego sposobu, aby nie oskarżono ich o plagiat. Przykład OSX ma dock na dole, to my damy z boku i już będzie jakaś innowacja. Problem w tym, że jak napisałem we wstępie są zawsze jakieś reguły, których złamanie grozi w najlepszym razie niewygodą.

Kiedy używałem GNOME (2) od razu zwróciłem uwagę na intuicyjność tego środowiska (nic od Apple do tej pory nie używałem, więc nie mam tu porównania). Na początku nie wiedziałem o co chodzi, wyjaśniło się to dopiero po przesiadce na KDE SC 4, kiedy zacząłem ponownie o tym myśleć, gdyż nowe środowisko, pomimo swoich zalet było bardzo trudne do przyzwyczajenia. Powrót wygody nastąpił niespodziewanie, kiedy kombinując z ustawieniami przeniosłem panel na górę i ... jak ręką odjął. Panel taki ma dla mnie największy sens, ponieważ większość działań wykonujemy od góry, nawet przeglądając stronę internetową nie czytamy jej do końca tylko przewijamy ją sobie tak, aby mieć jej tekst cały czas na wysokości oczu. W związku z tym logiczne wydaje się, że większość działań, a przede wszystkim powiadomienia także powinny znajdować się w zasięgu mego wzroku aby unikał przewracania gałkami ocznymi po całym 19'' ekranie. Wydaje się więc, że deweloperzy KDE postępują źle umieszczając panel na dole, jednak jak widać mi to nie przeszkadza, bo w ramach konfiguracji mogę sobie ustawić go gdzie chcę i umieścić na nim co chcę i właśnie za to kocham Linuksa.

Panel na dole wcale nie musi nie mieć sensu. Tu dobrym przykładem niech będzie właśnie GNOME 2, a zwłaszcza jego "miętowa" edycja. Deweloperzy Minta postanowili umieścić panel GNOME i jego funkcje właśnie na dole, wbrew zasadom GNOME. W tym przypadku nie jest to wcale głupie. Deweloperzy tej dystrybucji celują głównie w początkujących użytkowników i to zazwyczaj tych migrujących z Windowsa, pragną więc aby w nowym środowisku poczuli się oni jak najbardziej swojsko.

Te dwa przykłady pokazują jak ważna jest dla Linuksa możliwość własnej konfiguracji środowiska pracy do swoich potrzeb i wygody. Często to co dla mnie jest wygodne wcale nie musi być takie dla innej osoby. Warto więc pamiętać o tych zasadach kiedy będziemy czytali resztę recenzji GNOME 3.

GNOME 3 - rewolucja i reaktywacja

GNOME 3 powstawało dość długo. Do legendy przeszły też ciągle zmieniane daty premiery. Głównym powodem takiego zachowania była poprawa stabilności i naprawianie błędów. Dlatego głęboko byłem zdziwiony, gdy już po kilku ruchach myszy natrafiłem na kilka błędów, które aż bolały w oczy. O niektórych uporczywościach znanych jeszcze z poprzedniego wydania nawet nie wspominam. W każdym razie jestem zawiedziony. Pomimo to muszę jednak pominąć ten punkt. GNOME 3 jest środowiskiem młodym więc te kilka błędów mogę mu wybaczyć zwłaszcza, że nie są zbyt uciążliwe podczas pracy ze środowiskiem. Jestem więc zawiedziony, że pomimo przeciągania się prac nie poprawiono ewidentnych niedociągnięć. No ale skoro dałem szansę KDE 4.2 to i teraz spuśćmy zasłonę milczenia i poczekamy jeszcze te pół roku lub rok do wydania 3.4. Warto jednak zwrócić na to co istotne w środowisku, czyli interfejs.

GNOME 3 wprowadza nowy interfejs w postaci GNOME Shell (GS). Niektórzy zarzucają recenzentom, że nowe GNOME to nie tylko ta powłoka, ja jednak innych nowości nie uświadczyłem, a już na pewno istotnych z punktu widzenia zwykłego użytkownika. Skupmy się więc na tym co nawet deweloperzy tego projektu uznają za najbardziej istotne na swojej stronie głównej.
Pierwszą moją obiekcję napotkałem wraz z decyzją, że GS ma być domyślną powłoką środowiska. Nie widziałbym nic w tym złego, gdyby GS było w pełni sprawne. Jednak sami twórcy przyznają, że czeka ich jeszcze dużo pracy i wiele funkcji dopiero jest planowanych. Z tego powodu oczekiwałbym po deweloperach utrzymania poprzedniej wersji, podczas gdy nowa jest dopiero testowana.


Wielu recenzentów porównuje obecną sytuację GNOME do analogicznego okresu w jakim znalazło się kiedyś KDE na przełomie wydań trzeciej i czwartej serii. Śmiem się z tym nie zgodzić. Podczas gdy KDE 4 pozostawało wydaniem deweloperskim cały czas wspierana była seria 3, aż do numery 3.5.10. O skoczeniu prac nad środowiskiem można mówić od wersji 4.2 (4.1 pomimo, że miała być pierwszym oficjalnym wydaniem, ze względu na błędy pozostała nadal w charakterze rozwojowym, co twórcy sami zasugerowali deweloperom dystrybucji). W momencie wydania KDE 4.2 było to już środowisko w pełni funkcjonalne pomimo licznych błędów i brakach w oprogramowaniu (chociaż programy z KDE 3 nie miały problemów z działaniem w nowym środowisku). Jeśli chodzi o interfejs KDE 4.2 nie miało się czego wstydzić w stosunku do serii 3 i dodatkowo wprowadzało wiele nowych możliwości jak aplety Plasmy.

Co dają deweloperzy GNOME w zamian za niekorzystanie z deweloperskiej edycji swojego środowiska, właściwie nic. Ktoś może zakrzyknąć: A co z Fallback Mode? Odpowiem, że właściwie trudno po tej wersji spodziewać się choćby namiastki funkcjonalności jaką tracimy wraz z GNOME 2. Właściwie Fallback Mode jest jeszcze bardziej okrojoną wersją GNOME niż GS. Nie mam kompletnie pojęcia dlaczego ta forma zastąpiła starszą wersję i jedynym wytłumaczeniem pozostaje użycie GTK3, które sugerowałoby przepisanie zbyt wielu funkcji.

Dziwi mnie także decyzja twórców o uzależnieniu wyboru wersji powłoki od posiadanego sprzętu. System sam wybierze, który pulpit jest właściwy dla naszego sprzętu i użytkownicy kart graficznych nie wspierających w Linuksie kompozycji będą musieli bawić się okrojonym Fallback Mode. Dziwi taka decyzja w czasach gdy funkcja zawieszenia kompozycji nie jest wcale taka egzotyką i nawet w Windowsie można wyłączyć te całe Aero. W GNOME 3 tak się nie da, bo od kompozycji uzależniona jest prezentacja okien, a bez niej zarządzanie uruchomionymi programami jest prawie niemożliwe. Już sam ten przykład pokazuje dlaczego nie powinno się robić ustawień "na sztywno" i że nie każdy sprzęt się dopasuje do takich ustawień. Deweloperzy zamiast zyskać użytkowników stracą tych, którzy GNOME w ogóle nie będą mogli uruchomić na swoim sprzęcie (przypominam, że GNOME było często wybierane przez użytkowników właśnie starszych urządzeń). Można więc powiedzieć, że "lepszy wróbel w garści, niż stado wróbli na dachu". Przejdźmy jednak do konkretów, czyli interfejsu GS.

Dyskusja panelowa

GNOME Shell zapowiadane było jako rewolucja na pulpicie. Pytanie tylko, czy użytkownicy są przygotowani aż na takie zmiany i uczenie się nowych przyzwyczajeń. Szczerze mówiąc zamiast sugerowania użytkownikom netbookowych rozwiązań warto było pomyśleć, czy części nowości nie można było ożenić z dwu-panelowym układem i ustawienie Activities jako opcji, głównie dla osób, które mają sprzęt do takich efektów. Zamiast tego postanowiono zadecydować za nas co jest najwygodniejsze i według niektórych proste. O ile prostotą można nazwać zastąpienie dwóch paneli trzema!

Tak, GS posiada trzy panele i chociaż pewne elementy nie są nazwane panelem to tak wyglądają i tak się zachowują. Dodatkowo każdy panel zyskał możliwość obsługi tylko niektórych elementów, które wcześniej mogły być umieszczone gdzie kto chciał. Pamiętacie to co pisałem wcześniej o możliwościach panelu KDE. W tym środowisku panel jest traktowany na równi z pulpitem. Każdy aplet jest tak skonstruowany, aby przenieść go na panel z tymi samymi funkcjami, które są umieszczane na pulpicie jeśli komuś potrzebne są one w trybie szybkiego dostępu. W każdym razie w KDE próba dodania docku jest bezsensowna bo jedyną taką zmianą byłby inny temat graficzny takiego dodatku. Dzięki temu taki dock można zastąpić zwykłym panelem i jedyną niedogodnością takiej zamiany będzie to, że nie będzie to wyglądać tak jak w OSX (przy standardowych ustawieniach, bo można i tego dokonać).

W GS górny panel pełni tylko kilka funkcji. Pierwszym z nich jest możliwość kliknięcia w przycisk Activities, który uruchamia wspomnianą funkcję (o której za chwilkę). Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby tej samej operacji nie można było wykonać zjeżdżając kursorem myszy na górny róg ekranu tuż obok wspomnianego przycisku. Jest to szybsza metoda i podejrzewam, że to ona szybciej wejdzie w krew fanom GS niż klikanie w przycisk (a trzeba przyznać, że robi się to bardzo często). W gruncie rzeczy powyższy przycisk i tak jest niepotrzebny zważywszy na to, że rogi ekranu korzystają z i tak ciągle uruchomionych kompozycji.

Zaraz za przyciskiem Activities mieści się następny przycisk. Umieszczona na nim jest nazwa aktualnie używanej aplikacji. Zastanawiam się po co w ogóle jest ten przycisk potrzebny. Poza nielicznymi programami w GNOME (np. przeglądarki) wyświetla on informacje, które i tak są obecne na belce tytułowej okna, które w dodatku znajduje się i tak przed naszymi oczyma, więc sami wiemy z jaką aplikacją pracujemy. Przycisk ten ma też jedną funkcję służącą do ... zamykania aplikacji. To mnie totalnie zaskoczyło. Fakt, cenie sobie możliwość wyboru (choć to nie jest tożsame z dublowaniem się funkcji), ale zastanawiam się teraz nad sensem usunięcia dwóch przycisków z dekoracji okna, z których jeden nie otrzymał w ogóle funkcji zastępczej, a pozostawienie ostatniego, którego funkcję znaleźć można też w innych miejscach. Sens istnienia przycisku z informacją o uruchomionym programie jest więc żaden i służy tylko ku ozdobie. Ja jednak widziałbym w nim możliwość rozwinięcia listy wszystkich uruchomionych aplikacji i możliwości szybkiego dostępu do każdej z nich, jednak to niebezpiecznie wiązałoby się z utworzeniem apletu na panelu, a tego deweloperzy GNOME nie chcą. Co ciekawe taka funkcja w ogóle nie wymagałaby uruchomionej kompozycji.

Przechodząc dalej napotkamy zegar, który jest standardowym wyposażeniem, każdego panelu. I tu kolejny Zonk - nie możliwości wyświetlania daty obok godziny. Ma to być naprawione w przyszłych wydaniach jednak zważywszy na to, że o tym błędzie dyskutuje się od dość długiego czasu zmusza mnie do zastanowienia się nad możliwościami edycji takiego interfejsu w ogóle, skoro dodanie daty to proces , który trzeba rozłożyć na kilka miesięcy. Wracając do zegara, pozwolono mu na zajęcie około 2/3 części panelu górnego. Zastanawia mnie takie marnotrawstwo miejsca podczas, gdy niektóre funkcje błąkają się po innych miejscach pulpitu.

No i dotarliśmy do następnej funkcji panelu, czyli osławionej tacki systemowej. Warto tutaj wspomnieć o analogicznym rozwiązaniu w KDE SC. Tu tacka systemowa posiada tyle funkcji, że mogłaby zadziwić trzy panele w GNOME. Przede wszystkim jednak tacka ta ma funkcję auto ukrywania nieużywanych ikon. Nawet podczas najbardziej intensywnego używania komputera nie osiągnęła ona u mnie nigdy więcej niż połowę swojej standardowej długości więcej. W GNOME dyskusja nad użytecznością tacki systemowej doprowadziła do tego, że Canonical zainteresowało się Indycator Applets, a GNOME zaczęło bronić tacki przed deweloperami oprogramowania, którzy według nich wykorzystują ją niewłaściwie. Obecnie tacka pełni więc w GNOME Shell tylko kilka funkcji związanych głównie z obsługą podłączonego sprzętu (sieć, dźwięk, bluetooth itp.), gdzie zatem podziało się sterowanie aplikacjami... zaraz wyjaśnię tę tajemnicę.

Najpierw jednak zapoznajmy się z ostatnim elementem górnego panelu, czyli apletem użytkownika. Pomijam już sam fakt, że nie jest on niczym innym jak swego rodzaju Indicator Applets, z którymi tak zawzięcie GNOME walczy z Canonical. Aplet ten służy do wskazywania naszej obecności przy komputerze (element Telepathy w GNOME), edycji ustawień użytkownika (które znajdziemy także w Ustawieniach Systemowych) i szybkiego dostępu do samych Ustawień Systemowych (Po co? Przecież to program taki jak i inne, więc nie rozumiem potrzeby szybkiego dostępu do niego akurat tą drogą. Nawiasem mówiąc same Ustawienia Systemowe byłe w GNOME dostępne od kiedy pamiętam (choć nie włączane domyślnie w menu), więc nie rozumiem jaka to NOWOŚĆ.

Ostatnią kategorię w aplecie zajmują funkcje zarządzania sesją (czyli standard) i dodatkowo funkcja Suspend, która już dawno została skrytykowana przez fanów GNOME posiadających laptopy. I teraz najciekawsze: Gdzie można zamknąć system w GNOME Shell? Podobno nawet głupi by się domyślił! Ja się jednak nie domyśliłem i sesję z GNOME Shell kończyłem twardym resetem dopóki ktoś mi nie podpowiedział gdzieś na forum (podobno jest gdzieś plik z instrukcją jak to zrobić w systemie, ale chyba nie u mnie). W każdym razie, aby zamknąć system z GNOME Shell trzeba otworzyć aplet użytkownika, nacisnąć na klawiaturze Alt i przycisk Suspend zamienia się magicznie na naszą upragnioną funkcję. Zaiste bardzo to intuicyjne, zwłaszcza używanie klawiatury, gdy pod ręką mam myszkę. Żeby być konsekwentnym powinno się też ukryć przycisk Activities skoro jest do tej funkcji szybki dostęp za pomocą klawisza $uper.

Najdalszy brzeg

W naszej wędrówce trafiamy na dół ekranu. Myli się ten kto myśli, że GNOME Shell posiada jeden panel. Na dole ekranu jest drugi tylko domyślni ukryty. Pojawia się jednak, gdy zjedziemy na sam dół ekranu myszką i zobaczymy go, a na nim ... na nim nic nie ma. Wbrew pozorom panel ten pełni jednak jedną funkcję (słownie: JEDNĄ). Pokazują się na nim ikony programów, które wcześniej dokowały w tacce i tam też uzyskujemy do nich szybki dostęp. W czym więc problem? Problem w tym, że kilka programów w GNOME zostało wyróżnione specjalnym przywilejem, podczas, gdy dostęp do reszty nie jest już taki łatwy. Programy, których ikonki znajdziemy na dole to programy, które kiedyś w środowisku posiadały funkcję działania w tle (odtwarzacze, komunikatory, menedżery pobierania plików). Problem w tym, że teraz nie posiadają one funkcji działania w tle, bo usunięto im właściwy przycisk minimalizujący je do takiej ikony. Pomimo tego, że działają więc w tle i tak muszą być obecne na pulpicie.


To chyba największa wada GNOME Shell i taka, która mi najbardziej przeszkadza. W innych systemach takie aplikacje chowa się (głównie do paska zadań) przyciskiem zamknięcia programu. W GNOME zawsze ten przycisk zamknie nam wskazane okno na Amen. O konsekwencjach przerwanego ściągania pliku tym sposobem nie wspomnę, ale reguła ta jest dosyć popularna w innych systemach, więc jeśli GNOME Shell chce przyciągnąć użytkowników innych systemów powinno o nich pamiętać. Jest jednak w środowisku metoda na przywrócenie tej opcji. Sam ją odkryłem testując inny element pulpitu, a mianowicie Dash. Okazuje się, że aby program bytował w obszarze powiadomień, nawet po zamknięciu, musi być najpierw umieszczony na bocznym docku. Okazuje się, że czepiam się bez potrzeby, bo nie nadążam za pomysłami deweloperów GNOME. Tu jednak też musiałem dopatrzyć się jakiegoś niedopatrzenia. Z powyższej reguły nie korzysta Rhythmbox, a szkoda, jednak tu wina leży chyba po stronie tego odtwarzacza, zaczynam się w tym momencie bać o inne programy jak np. popularny także wśród użytkowników Gnome VLC Player, który posiada jeszcze inny system minimalizowania do traya, ale niestety nie dane mi było tego przetestować. Podsumowując - chylę czoło przed sprytem deweloperów, którym znowu udało się mnie zmusić do główkowania. Warto w tym miejscu wspomnieć o systemie powiadomień, który większych błędów nie posiada oprócz tego, że jest na dole, czyli nie tak jak mi wygodnie (i moim oczom) na górze.

Jeszcze jeden dock

I tak przeszliśmy do jednego z najciekawszych ficzerów wydania, czyli Dasha. Dash to nic innego jak dock na aktywatory. Zastanawiam się co takiego można spartolić w takim prostym elemencie, odpowiedź jest prosta: Wszystko! Nie wiem co takiego kierowało deweloperami, którzy wpadli na pomysł zastąpienia wielofunkcyjnego panelu z pierwszych wersji GNOME Shell takim badziewiem ale zgaduję, że pośpiech i zazdrość. Wniosek jest prosty - Dash został włączony tuż po tym jak Canonical pokazało swój dock. Deweloperzy GNOME stwierdzili zapewne, że nie wyrobią się ze swoim wielofunkcyjnym panelem przed premierą Unity, więc zastąpili go czymś bardziej prostym. I tu pokazali, że w ogóle nie znają zasad projektowania interfejsu systemu. Przede wszystkim zasady mówią, że dock powinien znajdować się na dole ekranu. Ma to uzasadnienie w ilości zajmowanego miejsca. Dolna krawędź jest dłuższa niż boczna, więc pomieści więcej elementów. Dash może pomieścić tylko 18 aktywatorów (przy mojej rozdzielczości ekranu) po tej liczbie chowa się ikonka kosza, która pełni na nim funkcję usuwania niepotrzebnych aktywatorów, a każda następna ikona jest ukrywana i nie ma do niej nijak dostępu. Ponadto przy takiej liczbie elementów rozmiar ikon jest skalowany do wielkości aktywatora umieszczanego zazwyczaj na panelu. Dock przestaje być więc w takiej sytuacji dockiem, a staje się zwykłym menedżerem zadań tylko umieszczonym na innym panelu (trzeci panel o którym wspomniałem). Ktoś mnie może spytać, kto przy zdrowych zmysłach umieszcza aż tyle aktywatorów na docku i tu odsyłam go do wyszukiwarki Google do działu z grafiką, gdzie można wpisać frazę "OSX Lion". Już na pierwszym zrzucie doliczymy się dokładnie 18 nieprzeskalowanych aktywatorów na docku w systemie od Apple. Z ciekawostek - na moim panelu mogę umieścić dokładnie 25 aktywatorów, pomimo bytowania na nim także innych apletów, które od ostatniego wydania KDE będą pełnić także funkcję menedżera zadań. Wygląda na to, że to rozwiązanie Canonical będzie bardziej wygodne dla przeciętnego użytkownika, szkoda jednocześnie, że swoim postępowaniem deweloperzy GNOME zamknęli drogę rozwoju ciekawym projektom (AVN, Cairo i GNOME Do), które mogły ten problem naprawić.

Jednak to co wyżej to nie jedyna wada Dasha. Podstawowy błąd jest taki, że dock nie jest zastępnikiem menu. To rozwiązanie, które ma ułatwić lepszy dostęp do aplikacji niż standardowy menedżer zadań, czy inna lista otwartych okien. Ma to robić poprzez wyraźniejsze aktywatory (większe) i przede wszystkim dzięki szybkości dostępu. Aby uzyskać dostęp do Dasha potrzebujemy jednak najpierw uzyskać dostęp do Activities. Sens posiadania takiego docku jest więc żaden i jedyne analogiczne narzędzie jakie może on zastępować to dział Ulubione w jakimkolwiek menu w innych środowiskach. ale na pewno nie zastąpi menedżera zadań lub standardowego docka.

Obszar roboczy

Skoro już weszliśmy do Activities przejdźmy na drugą stronę ekranu, gdzie znajdziemy zarządzanie obszarami roboczymi. Wielka duma deweloperów GNOME. Jednak tu muszę znów się przyczepić. Zarządzanie obszarami roboczymi jest całkiem inne niż znaliśmy do tej pory. Znam ludzi, którzy nie uznają w ogóle wirtualnych pulpitów i znam takich, którzy za ich pomocą świetnie zorganizowali sobie pracę. Obie te grupy nie będą w ogóle zadowolone z nowego systemu. Pierwsze co robię, gdy przerzucam jakieś okno na inny pulpit to zapamiętuję sobie, który to pulpit. Można tak przypisać sobie odpowiedni numer wirtualnego pulpitu do okien spełniających konkretne zadania. Z tej koncepcji wyszły zresztą Działania Plasmy, gdzie do każdego takiego pulpitu przypisano także możliwość dostosowania innych elementów widocznych na ekranie. I to właśnie nazywam ewolucją. W GNOME Shell przy pracy na kilku wirtualnych pulpitach to co mamy na pulpicie czwartym możemy już na nim nie znaleźć po jakimś czasie bo zamykając wszystkie zadania na pulpicie drugim zmienimy numerację wszystkich pulpitów. Konia z rzędem temu kto jeszcze pamięta co było na pulpicie trzecim, który jest teraz drugim. Ta cała dynamiczność nowego rozwiązania zepchnęła, więc praktyczne rozwiązanie na dalszy plan, a zastąpiła je efektownością (nie mylić z efektywnością). Dodatkowo zabawę z pulpitami utrudnia fakt, że aby się do nich dostać znów musimy oderwać się od pracy i uruchomić Activities. Po czym zamiast podglądu otrzymujemy duży pager do przełączania się pomiędzy kilkoma identycznie wyglądającymi kwadratami (nie wiem czy ktoś rozpozna na nich otwarte okno jakiegokolwiek programu). Aby przejrzeć zawartość pulpitu musimy go najpierw zaznaczyć bo ekspozycja okien pokazuje tylko te z aktywnego pulpitu. Dlatego pod tym względem bardziej cenię sobie siatkę pulpitu (w KDE z ręcznym dodawaniem nowych obszarów) lub kostkę ("A mówiłeś, że w Linuksie można zrobić taką fajną kostkę na pulpicie!").

W tym momencie warto wspomnieć o samej prezentacji okien, czyli expo. Na początku artykułu wspomniałem o pewnej zasadzie, która mówi, że niektóre rozwiązania powstają specjalnie dla konkretnego sprzętu i w innym mogą być poważnym ograniczeniem. Tak samo jest z expo. Wyszukiwanie za pomocą podglądu miniatur nie należy do przyjemnych. W GNOME jest trochę lepiej pod tym względem bo programy w tym środowisku posiadają bardziej zróżnicowane elementy okna. W KDE widgety są pod tym względem bardziej ujednolicone. Dlatego nie lubię ekspozycji okien w KDE. Nie polubiłem jej też w GS także, tylko z innych powodów. Ekspozycja jest dziwna, bo rozstawia miniaturki okien losowo i uzależnia ich wielkość od ich ilości na ekranie. Z tego powodu to, że z trudem znaleźliśmy okienko chwilę temu wcale nie znaczy, że teraz będzie w tym samym miejscu. Takie wyszukanie trwa dłużej niż spojrzenie na jakąkolwiek listę otwartych okien, gdzie wszystkie elementy są podobnej wielkości, a odróżniają się stałymi cechami np. ikoną. W następnych edycjach GNOME Shell oczekiwałbym właśnie ikonek obok miniaturek okien, które ułatwiłyby wzrokowe wyszukiwanie, chyba że deweloperzy GNOME wstydzą się ściągać od deweloperów KDE. Dodatkowo niektóre programy w GNOME posiadają nieskalowalne okna np. kalkulator. W trybie expo to właśnie te okna są największe i prezentują więcej szczegółów. Jest to dość nietypowe, bo podczas pracy pamiętaliśmy, że kalkulator na naszym pulpicie był najmniejszym oknem. Mam nadzieję, że teraz rozumiecie, jak duża dezorientacja może w taki sposób powstać.

Skoro jesteśmy przy oknach warto zwrócić uwagę na nowy sposób zarządzania takimi oknami uzależniony od systemu kafelkowania. Polega to na tym, że przeciągając okno do górnej krawędzi ekranu powodujemy jego maksymalizację, a do bocznej krawędzi powoduje, że okno zajmuje równo połowę ekranu dzięki czemu możemy mieć otwarte je dwa obok siebie. Jest to bardzo wygodne i jest już od jakiegoś czasu w KDE SC (w Windowsie zresztą też), jednak tylko jako opcja. System ma jedną wadę - nie można w tym trybie pracować wygodnie z wieloma oknami. Z tego powodu i w KDE, i w Windowsie pozostawiono przyciski i system zarządzania z nimi związany. W GS musimy posiłkować się Activities, które pracują już z innym ekranem, w którym kafelkowanie nie jest w ogóle dostępne. Mamy więc tutaj przekazanie zadań jednego narzędzia na dwa, które jednak nie mogą pracować razem. Albo więc pracujemy z kafelkowaniem i grzebiemy pomiędzy oknami, żeby wydobyć jakieś okno ze spodu, albo przechodzimy do Aktivities, gdzie nie możemy pracować, a jedynie znaleźć nasze okno. Warto też zwrócić uwagę na wspomniane wcześniej okna, które nie mają opcji skalowania. Te w żadnym razie nie mogą uczestniczyć w trybie kafelkowania. Takie okna występują też w KDE (wspomniany wcześniej kalkulator) dlatego deweloperzy zainteresowali się efektem tiling, który przenosi zarządzanie tym sposobem okna w inny wymiar. Warto jednak zaznaczyć, że efekt ten także pozostawia wiele do życzenia i dlatego dla takich "rewolucji" nie rezygnuje się z dawnych sprawdzonych metod.

Gdzie są moje programy

Ostatnim z elementów, które chciałbym omówić jest główny obszar Activities, który służy do zarządzania oknami (expo) i uruchamiania aplikacji. Nie podoba mi się te połączenie! Przechodząc w tryb Activities domyślnie mamy zarządzanie oknami i powłoki nie obchodzi to, że zaglądamy tam akurat w celu wyszukania i uruchomienia jakiegoś programu. Musimy w tym celu wykonać następne niepotrzebne kliknięcie bo deweloperom zachciało się połączyć dwie zupełnie nie związane ze sobą funkcję. W następnym wydaniu ma dołączyć do tego systemu jeszcze wyszukiwanie przy pomocy Zeitgeist, a i być może szybki dostęp do miejsc, dla których nie znalazła się żadna nowa opcja. Szybki dostęp do jakiegokolwiek katalogu równa się uruchomieniu Nautilusa i dopiero tam szukania interesujących nas miejsc. Wracając do naszych aplikacji, gdy już się znajdziemy na odpowiednim ekranie naszym oczom ukaże się ekran z ikonami wszystkich programów, które są zainstalowane w systemie. Nie lubię takiego gorączkowego szukania interesującej nas ikony (jak zapewne większość) dlatego deweloperzy wprowadzili kilka ułatwień. Dla osób obeznanych z Linuksem podział na kategorie to podstawa i tu dodano taką opcję. Nie podoba mi się tylko brak oznaczeń kategorii baz ikon. Wzrok jest na początku zbombardowany wizerunkiem obrazków ikon, a później musi się przestawić w tryb tekstowy, nie jest to dla niego zbyt intuicyjne. Wśród kategorii zabrakło mi także kategorii Ulubione, która mogłaby zastąpić mało doskonałego pod tym względem Dasha, a jeszcze lepiej by ta kategoria była domyślnym widokiem zamiast tego całego chaosu ikon jaki otrzymujemy na początku, który zresztą jest tymczasowy bo kolejność ikon i tak ulegnie zmianie po instalacji następnej pozycji.


Inna sprawa to wyszukiwanie. Znając nazwę programu bardzo łatwo go wyszukać właśnie poprzez pasek wyszukiwania. Szukana przez nas pozycja pojawi się zaraz po wpisaniu kilku liter. Mam jednak małą uwagę. Nie mam pojęcia na jakiej zasadzie działa silnik wyszukiwarki, jednak wśród trafnych pozycji pojawiają się także wybory z kosmosu podczas, gdy po wpisaniu frazy "video" szukajka nie potrafi namierzyć żadnej związanej pozycji. Aż prosi się w tym wypadku o narzędzie działające na zasadach Nepomuka. Zresztą w GNOME istniał kiedyś projekt GNOME Do, który lepiej interpretował wyszukiwane frazy i zapewniał szybszy dostęp do działań (bezpośrednich). Prawdę mówiąc GNOME Do to jeden z wielu projektów, które bym chętnie widział w KDE i uważam, że KRunner nie ma szans z tym projektem (przynajmniej jeśli chodzi o wygodę). Martwi mnie natomiast dodanie do powyższego zespołu Zeitgeista. Zastanawia mnie rozbicie funkcji wyszukiwania na dwa stopnie. Nie wiem czy ten drugi, bardziej szczegółowy, będzie miał w ogóle powodzenie w przypadku utrudnionego dostępu do niego. No ale na to będziemy musieli jeszcze trochę poczekać. Podsumowując jednak GNOME Shell potrzebuje drugiej wersji Activities, która będzie odpowiadała tylko za zarządzanie aplikacjami.

Epilog

To chyba wszystkie aluzje jakie mam do interfejsu GNOME Shell. Nie przyjmuję tłumaczenia, że jest jeszcze Fallback Mode. Według mnie jest to wersja jeszcze bardziej okrojona w funkcje i to ona dopiero może służyć za przykładowy wzór kiepskiego interfejsu. Nie przyjmuję także tłumaczenia, że niektóre funkcje można przywrócić w trybie tekstowym. Niestety pulpit jaki w ten sposób otrzymamy jest równoznaczny z Fallback Mode (dlatego te funkcje tam są dostępne) nie wiem po co się tym więc bawić.

Na zakończenie mogę dodać, że GNOME Shell to cofnięcie się w rozwoju. Nowe środowisko bazuje na bardzo starych zasadach. Znając długie okresy pomiędzy wersjami GNOME jego użytkownicy zostali zatrzymanie w rozwoju na kilka lat. Porównywanie rozwoju GNOME 3 do analogicznej sytuacji w KDE z przełomu wersji jest nie na miejscu. Decyzja o rewolucji w KDE nie zapadła w tym projekcie dlatego że już na to była najwyższa pora, tylko że znalazły się frameworki, które mogły wynieść te środowisko na wyższy poziom i to w ich ramach są prowadzone prace rozwojowe do tej pory. GNOME pod tym względem przedstawiło tylko Zeitgeista, który i tak nie wzbudza zainteresowania użytkowników. Rozwój starszych narzędzi (Telepathy) nadal stoi na początkowym etapie rozwoju. Mam nadzieję, że w przyszłości usłyszę właśnie o rozwoju tych elementów, bo w dziedzinie interfejsu potrzebna byłaby całkowita przebudowa, a najlepiej pozostawienie tego obszaru pod kontrolą użytkowników, bo to z tego środowiska wywodzą się najciekawsze projekty jakie do tej pory w GNOME widziałem.